Fot. telegraph.co.uk

Od lat angielska reprezentacja piłkarska jest synonimem nieustannych porażek na turniejach międzynarodowych. Rok 2017 bezsprzecznie jednak należy do nich, jeżeli weźmiemy pod uwagę rozgrywki młodzieżowych drużyn. Czy to oznacza, że Wyspiarze już wkrótce odzyskają dawną chwałę, o której pamiętają już tylko ich najstarsi kibice?

Starsza siostra Polski

Odkąd interesuje się piłką, reprezentacja Anglii była dla mnie tym “drugim wyborem” – ekipą, za którą trzymałem kciuki na różnych mistrzostwach, kiedy akurat nie występowała na nich nasza kadra. Lubiłem też o angielskiej drużynie myśleć, jak o starszej siostrze Polski, ponieważ widziałem w nich sporo podobieństw: największe sukcesy oba zespoły odnosiły już dosyć dawno temu, na swoje ostatnie turnieje jeździły z wielkimi planami, a wracały głównie z rozczarowaniami, noszenie przez dziennikarzy z tych krajów różowych okularów przy ocenie siły składów, itp. itd. I o ile Polska przynajmniej występ na francuskim Euro może uznać za udany, tak Anglicy wciąż zaskakują kolejnymi kompromitacjami.

Początek XXI wieku upłynął Synom Albionu pod znakiem jednego wielkiego fiaska ich “Złotego Pokolenia”, do którego zaliczano takich zawodników, jak: David Beckham, Frank Lampard, Steven Gerrard, Michael Owen, Rio Ferdinand, potem dołączył do nich również Wayne Rooney. Pokolenie okrzyknięte złotym, zanim w ogóle cokolwiek wygrało. Dziś żaden z tych piłkarzy nie gra już w angielskich barwach, a razem zaliczyli zdecydowanie więcej upadków niż wzlotów. Ta, okres, o którym piszę, nie był zbyt szczęśliwy dla tej kadry. Naznaczony był głównie dyskusjami dotyczącymi rzutów karnych w wykonaniu Beckhama, niemożliwości wystawiania obok siebie Lamparda i Gerrarda, nieangielskości Svena-Görana Erikssona oraz Fabio Capello, słynnym parasolu Steve’a McClarena czy wiecznym międzynarodowym niespełnieniu Rooneya. Dziś też zresztą trudno traktować Synów Albionu na poważnie, mimo że przez kolejne eliminacje przeszli bez najmniejszych problemów – w pamięci pozostaje chociażby kompromitująca porażka z Islandią na ostatnich mistrzostwach (z Islandczykami, którzy przecież pobierali od nich lekcje na temat futbolu) czy nazwiska w kadrze, które jakoś na kolana nie powalają. Wkrótce ma się to jednak zmienić…

Nadzieja na lepsze jutro

Kiedy myślimy o polskiej myśli szkoleniowej, to przed oczami stają nam różne obrazy. Laga, wślizg, główka, laga, wybicie, sprint, laga… wszystko, co jest przeciwieństwem pięknego futbolu. Podobnie jest, kiedy widzimy szyld “angielska myśl szkoleniowa” – tam kopanina jest podobna, tyle że już międzynarodowa, bo z Anglików naśmiewa się cały piłkarski świat. Wyspiarski system kojarzony jest z prehistorią, ciemnymi czasami, kiedy chodziło tylko o to, żeby w jak najprostszy sposób dostać się pod bramkę przeciwnika. Kick & rush w najlepszym (a może najgorszym?) wydaniu. To nie przypadek, że angielscy trenerzy ze swoim warsztatem nie są zapraszani do zagranicznych lig. Ba, gardzą nimi już nawet przedstawiciele brytyjskiej elity, czyli kluby z Premier League! W obecnym sezonie tylko pięć zespołów zatrudnia rodzimych menedżerów – aż cztery z nich znajdują się w ostatniej szóstce ligowej tabeli… Jeżeli ktoś chciałby podać definicję piłkarskiego dinozaura, to za przykład zapewne posłużyłby mu do niedawna trener przeciśnięty przez angielski system nauczania.

Od pewnego czasu to się jednak zmienia. Szkolenie na Wyspach poszło zdecydowanie do przodu. Coraz więcej w tamtych klubach pojawia się młodych zawodników, którzy swoją charakterystyką przypominają bardziej stereotypowych piłkarzy hiszpańskich lub brazylijskich niż właśnie angielskich. Lepiej radzą sobie z piłką przy nodze niż z taką zawieszoną gdzieś na jedenastym piętrze. A co na ten momentów dla Synów Albionu – młodzież osiąga fenomenalne wyniki na arenie międzynarodowej. Rok 2017 był zdecydowanie rokiem angielskich juniorów. Dlaczego? Wystarczy zerknąć na to zestawienie:

19 maja: Wicemistrzowie Mistrzostw Europy U-17. W finale przegrywają w rzutach karnych z Hiszpanią, po remisie 1:1.
10 czerwca: zwycięzcy Toulon Tournament U-20. W finale pokonują w rzutach karnych Wybrzeże Kości Słoniowej, po remisie 1:1.
11 czerwca: Mistrzowie Świata U-20. W finale pokonują Wenezuelę 1:0.
17 czerwca: półfinaliści Mistrzostw Europy U-21. W półfinale przegrywają w rzutach karnych z Niemcami, po remisie 2:2.
15 lipca: Mistrzowie Europy U-19. W finale pokonują Portugalię 2:1.
28 października: Mistrzowie Świata U-17. W finale pokonują Hiszpanię 5:2.

Cztery złote medale, a od piątego dzieliły ich pojedyncze kopnięcia z jedenastu metrów. Totalna hegemonia, na poziomie młodzieżowym do tej pory niespotykana. Angielskie lwy w końcu wychodzą z jaskini. Nic dziwnego, że media w kraju już zwariowały, chociaż im do tego potrzeba naprawdę niewiele, bo i tak średnio co dwa lata widzą w swojej reprezentacji kandydata do medalu na kolejnych turniejach. Tym razem jednak mają powody do tego, aby przyszłość widzieć w kolorowych barwach.

Micciche: plan 6-6-6

Trudno bowiem te niewątpliwe sukcesy na młodzieżowych turniejach uznać za przypadek czy zwykły zbieg okoliczności. Anglicy wychodzą z epoki kamienia łupanego i wkraczają w erę nowożytną. O najnowszych metodach szkoleniowych, na przykładzie reprezentacji U-16, opowiadał na początku bieżącego roku jej trener, Dan Micciche. Jego zdaniem, jednym z kluczy do skuteczności nauczania nowych umiejętności, jest przejrzystość i prostota w przekazywaniu wskazówek.

“W ostatnim czasie szukaliśmy sposobu na upraszczanie najważniejszych informacji dostarczanych sztabowi oraz piłkarzom, aby jak najbardziej efektywnie wykorzystywać ten krótki czas, który spędzamy ze sobą w czasie zgrupowań. Staramy się używać do tego pojedynczych cyfr, liter lub słów, które traktujemy jak hasła czy punkty odniesienia dla zawodników.”

Micciche wspomina także m.in. o dzieleniu boisk na wszelakie “tory”, co ma ułatwić piłkarzom grę w różnych liniach, sektorach i pomagać ma w znajdywaniu wolnych stref i korytarzy na murawie.

“Nasz plan, który omawiany jest na spotkaniach przedmeczowych i wisi także na ścianach szatni, zawiera zarówno informacje o naszej grze, jak i o taktyce przeciwnika. Dzielenie boiska na te tory pomaga w wizualizacji naszych punktów odniesienia, co z kolei w czasie gry ułatwia naszym podopiecznym podejmowanie decyzji adekwatnych do danego momentu meczu ? wiedzą przez to także, gdzie wówczas powinni się znajdować.”

“To nie przypadek, że jakiś zawodnik znajduje się zawsze na danym torze. Nie ma znaczenia kto to jest, ale wiele wnosi to do sposobu, w jaki chcemy panować na boisku. We wszystkim chodzi o rozwój rozumienia pozycyjnego. W czasie spotkania możemy po prostu wykrzyknąć jakieś słowo-klucz, aby zmusić piłkarza do zastanowienia się nad swoją pozycją. Na treningach czasami zdarza mi się zatrzymać grę i zwrócić do podopiecznego: >>super, dobra robota, co możesz mi teraz powiedzieć na temat swojego ustawienia na boisku?<<.”

“Chodzi o to, żeby dać im zwizualizowaną wskazówkę dotyczącą ich pozycji, która następnie pozwala im na zrobienie kroku do przodu i wyrażanie siebie” – dodaje Micciche, który zachęca swoich podopiecznych do swobodnej gry, dając im całkowitą wolność w najważniejszych strefach atakowania. Wszystkie rady i instrukcje kierowane do zawodników mają poprawić ich zespołowe poruszanie się zarówno z piłką, jak i bez niej.

“Pracujemy nad planem 6-6-6: spróbuj odzyskać piłkę w ciągu sześciu sekund; atakuj przynajmniej sześcioma graczami i przetransportuj piłkę na połowę rywala za pomocą sześciu podań.”

“Co do ostatniego punktu – nie chodzi nam o to, że po wymianie pięciu podań zaczniemy krzyczeć do podopiecznych, aby grali lagę do przodu. Nie, to jest po prostu nasz pomysł, żeby zaszczepić w naszych piłkarzach chęć do zdominowania posiadania piłki – ale chcemy robić to na połowie przeciwnika. Dążymy do atakowania sześcioma graczami w strefie obronnej rywala, ponieważ wiemy, że większość drużyn broni się w dziewięciu, dziesięciu, a nawet jedenastu, więc musielibyśmy być cholernie dobrzy, aby przedostać się przez ich defensywę z mniejszą liczbą atakujących.”

“Każdy nasz zawodnik dostaje trzy konkretne obszary, powiązane z ich mocnymi stronami, nad którymi pracuje w każdym meczu, oczywiście w odniesieniu do ogólnych, drużynowych zadań. Od tego później zależy to, jak się ustawiamy i jaką grę prowadzimy. Na przykład, jeżeli mamy obrońcę fantastycznie spisującego się w grze jeden na jeden, to wybierzemy system, który stwarzać mu będzie okazje właśnie do takich pojedynków.” – kontynuuje Micciche.

“Zwalniamy z obowiązków defensywnych na własnej połowie nasze numery 9 oraz 10, przez co dochodzi do zwiększenia liczb akcji jeden na jeden w obronie. To oznacza także, że nasi najlepsi zawodnicy zachowują siły na moment, w którym odbierzemy piłkę. Ważne jest to zwłaszcza na turniejach, gdzie gra się dużo spotkań w krótkim wymiarze czasowym.”

Przyszłość zweryfikuje

To oczywiście tylko mały urywek obecnej pracy angielskich trenerów, ale na pewno bardzo ciekawy i pokazujący, że wreszcie konserwatywni Wyspiarze otworzyli się na nowoczesne trendy. Kiedyś to oni byli piłkarskimi apostołami, dziś czerpią naukę od innych. Jest to jednak niezbędne, ponieważ futbolowy świat mocno im w ostatnim czasie odjechał. Obecnie w końcu zbierają plony swojej prawy – na razie niewielkie, bo przecież wiemy, jak mało znaczące w dorosłej piłce są sukcesy na arenach młodzieżowych. Ale muszą Anglicy czuć satysfakcję, gdy po ich zdolną młodzież zgłaszają się kluby niemieckie (Reece Oxford w Borussii Mönchengladbach czy Jando Sancho w Dortmundzie), a Jurgen Klopp i Pep Guardiola kompletnie rozpływają się, gdy przychodzi im opowiadać o umiejętnościach ich podopiecznych (kolejno: Rhian Brewster oraz Phil Foden).

Wyczyny juniorów docenia także selekcjoner pierwszej kadry, czyli Gareth Southgate. Co prawda, nie powołuje jeszcze kompletnych żółtodziobów, ale na piątkowe starcie z Niemcami powołania dostało czterech zawodników z zerowym dorobkiem meczowym: bramkarz Jordan Pickfrod (rocznik 1994) oraz Joe Gomez (1997), Ruben Loftus-Cheek (1996) i Tammy Abraham (1997). A przecież ważnymi elementami angielskiej kadry od dłuższego czasu są jeszcze: John Stones (1994), Eric Dier (1994), Dele Alli (1996), Raheem Sterling (1994) czy Marcus Rashford (1997). Gdzieś blisko zespołu znajdują się także Harry Winks (1996) oraz Nathaniel Chalobah (1994). W kolejce zresztą czekają już następni. Czasy, kiedy Theo Walcott uznawany był za wieczny młody talent, chyba już wreszcie minęły.

Oczywiście o fantastycznym roku młodzieżówki nikt nie będzie pamiętał, jeżeli seniorzy znów skompromitują się na najbliższym mundialu. Anglicy jednak raczej myślami są już przy kolejnych mistrzostwach, prawdopodobnie większym sprawdzianem dla ich systemu szkolenia będzie Euro 2020, a może nawet dopiero katarski mundial. Rosyjski turniej może być ostatnią szansą dla starszych graczy, aby pokazać, że jeszcze się do czegoś nadają. Bo jeżeli znowu zawiodą, to dlaczego nie wymienić ich na nowych, żądnych krwi młodziaków?

“Królowie świata” – tak gazety pisały o młodych Anglikach, którzy w efektownym stylu rozbili Hiszpanów 5:2 w finale MŚ U-17. Być może doczekają się prawdziwego “złotego pokolenia”, które faktycznie osiągnie sukces w dorosłej piłce. Zmarnowanie w seniorskiej piłce tylu wybitnie uzdolnionych juniorów będzie większą porażką niż wszystkie porażki
na międzynarodowych turniejach razem wzięte.

Cytaty pochodzą ze strony thefa.com