San Marino, dlaczego
fot. PZPN

W czwartek reprezentacja Polski do lat 17 pokonała w nerwowych okolicznościach Finlandię. Praktycznie zagwarantowaliśmy sobie awans do drugiej rundy eliminacji do przyszłorocznych mistrzostw Europy.

Od kilku lat śpiewka jest ta sama. Za każdym razem przy okazji eliminacji przypominamy sobie, że poprzednio na turnieju EURO U-17 byliśmy w 2012 roku. Wtedy wyszliśmy nawet z grupy, ale w półfinale załatwił nas Leon Goretzka. Jeśli chcielibyśmy cofnąć się do naszego przedostatniego występu, okazuje się, że bramki strzelał wtedy młodziutki Wayne Rooney, a “Biało-Czerwonych” z turnieju wyeliminował we własnej osobie… Lukas Podolski. Omijają nas prestiżowe juniorskie imprezy w Europie i na świecie, a jeśli jest inaczej, to tylko za sprawą organizacji turnieju przez PZPN. Czekamy cierpliwie już sześć lat, więc czas najwyższy, aby z naszych uwarunkowań i możliwości skorzystać. Czas na awans.

Pierwsze spotkanie w Ząbkach nie pokazało na pewno pełni możliwości Polaków, ani też w pełni nie obnażyło naszych słabych stron. O pierwszej połowie należy jak najszybciej zapomnieć, a właściwie najlepiej z tych 95 minut zapamiętać tylko nasz drużynowy charakter. Walczyliśmy do końca, po niezłej drugiej połowie czuć było, że przejęliśmy inicjatywę i to my będziemy w końcowych minutach dążyć do zwycięstwa. Udało nam się po stałym fragmencie gry, Marchwiński zdobył ładnej urody bramkę z główki, choć i ten gol nie musiał gwarantować zwycięstwa.

Finowie chwilę przed końcowym gwizdkiem arbitra mogli wyrównać, a remis niewątpliwie rozpatrywalibyśmy po meczu w kategorii porażki i nieudacznictwa. Na szczęście nie musimy gdybać. Z drugiej strony właściwie obaj bramkarze mieli dużo do powiedzenia i trzeba przyznać, że faktycznie swoją grą wypowiadali się pięknie. Obie strony kulały lekko w defensywie, także nic tylko się cieszyć, że naszej bramki strzegł etatowy drugoligowiec Mikołaj Biegański.

PRZECZYTAJ PODSUMOWANIE SPOTKANIA U-17 POLSKI Z FINLANDIĄ

Przed niedzielną potyczką z Luksemburgiem nasz zespół doznał sporego wzmocnienia psychicznego i w zasadzie przegrana nie wchodzi w rachubę. Bądźmy szczerzy, druga porażka z zespołem z Luksemburga w tym roku wywołałaby konwulsje i odruchy wymiotne u polskiego kibica. Z naszej grupy pewne wyjście mają dwa zespoły, a mecz z Francją gramy jako ostatni. Mamy wręcz autostradę na drugiej rundy eliminacji, ale cel jest przecież wciąż jeden – mistrzostwa Europy.

Poza tym nie możemy zapominać, że gramy u siebie. Tak samo, jak rok temu, mamy przewagę własnego terenu, stadionów i przede wszystkim dwunastego zawodnika. Dlaczego więc rokrocznie nie udaje się ostatecznie awansować? Słyszałem w kuluarach, że to trema zjada Polaków. Nasza młodzież nie jest w stanie poradzić sobie z presją w rozgrywkach U-17. Strach pomyśleć, co będzie, gdy tę pokolenie będzie musiało grać w kadrze A. Może to była tylko wymówka, no bo jak na przykład wytłumaczyć niewyjście z grupy z Irlandią, Gruzją i Macedonią.

Fatum polskich młodzieżówek?

Czy to wina trenera, piłkarzy, czy złej aury? Na pewno wiadomo, że nie mamy takiego potencjału piłkarskiego, aby co roku mieć pewny awans. Jednak też nie jest tak źle, aby się do walki o awans nie włączać. Od dwóch lat jest jeszcze prościej, ponieważ na EURO występuje aż 16 drużyn. Na turniej kwalifikują się takie tuzy jak Wyspy Owcze czy Bośnia i Hercegowina. Nie mamy gorszych zawodników, trenerów, więc o co chodzi? Naszej kadrze z pewnością brakuje określonego stylu. Metody, dzięki której chcielibyśmy regularnie osiągać dobre wyniki.

Zmieniamy trenerów, pokolenia piłkarzy przechodzą dalej, ale wciąż coś nie gra. W zasadzie po  cichu próbujemy grać w piłkę, narzucać przeciwnikom własny styl gry, lecz niestety w ważniejszych meczach ciągle to my jesteśmy stroną głównie broniącą. Często zarzuca się tym chłopakom granie “lagi”, ale nic nie ujmując naszym młodym talentom, tak to nieraz wygląda. Możliwe, że bez ogólnokrajowego systemu szkolenia nie zaczniemy nagle być zespołem czującym się dobrze w ataku pozycyjnym. Dlatego wydaje mi się, że potrzeba nam unifikacji, jednego lub dwóch zbliżonych systemów gry, które będą nieść za sobą pewne założenia. Dzięki temu nasi zawodnicy nie będą musieli dostosowywać się pod każdą inną koncepcję.

Póki co musimy sobie jednak poradzić bez tego. Musimy czerpać z tego, co mamy, a przecież teraz w U-17 występuje nawet kilu młodszych zawodników z rocznika 2003, więc zaplecze jest. Przed trenerem i piłkarzami zadanie nie łatwe, ale jak najbardziej wykonalne. Turniej kwalifikacyjny w Ząbkach może pomóc nam rozwinąć skrzydła i oby tak właśnie się stało.

Prezes narzuca presje

Ciekawy wpis zamieścił ostatnio na Twitterze Zbigniew Boniek. “Przypomnę, że prawdziwą prace z młodzieżą zaczęliśmy od rocznika 2002 w górę.” Dopisał jeszcze, że z oceną należy poczekać jeszcze cztery do pięciu lat. Ten właśnie rocznik rozpoczął eliminację w Ząbkach. Ja z oceną czekać nie będę, a właściwie już nie poczekałem. Skoro chłopaki są awizowani przez samego prezesa, to coś na rzeczy musi być. Ewentualna porażka w pierwszej rundzie uznana będzie za klęskę PZPN-u. A tak poważnie, liczę, że nie są to słowa rzucane na wiatr po dobrym meczu kadry U-16, bo tego dotyczył w głównej mierze twitterowy wpis prezesa Bońka.

Rozważania na temat pierwszej rundy są jednak trochę nie na miejscu, bo jeśli tego poziomu nie potrafilibyśmy przejść, oznaczałoby to, że jesteśmy w piłkarskim ciemnogrodzie. Poczekajmy więc wszyscy na drugą rundę rozgrywaną na wiosnę. Trzy mecze rozegrane w marcu mogą nam jak najbardziej pokazać, jak bardzo do przodu poszli Ci chłopcy w stosunku do poprzedników. Jeśli postęp jest, to awansujemy, ponieważ na przestrzeni ostatnich kilku lat prawie zawsze brakło niewiele. Wydaje mi się jednak, że nawet jeśli nam się uda, nie będzie to przekonywujące na tyle, aby przyznać prawdę Bońkowi. Na to faktycznie trzeba będzie poczekać kilka ładnych lat.