Młodzieżowca
fot. Kurier Poranny

Kontrowersyjny przepis o obowiązku gry młodzieżowca towarzyszy nam już od trzech kolejek. Wnioski co do podejścia klubów można wyciągnąć już po pierwszych tygodniach trwających rozgrywek.

Ruszył sezon 2019/20. Pierwszy, w którym na najwyższym szczeblu rozgrywkowym w Polsce, w Ekstraklasie, obowiązywać będzie przepis o obowiązkowej grze młodzieżowca. Co do zasadności tego przepisu, jak i samej idei dyskutowano już wiele razy i wciąż środowisko piłkarskie jest podzielone. Jednak nie ma chyba strony, która stwierdziłaby, że nie ma on żadnych plusów i jest jednoznaczną wtopą. Czas na rozliczenia zaczął się wraz z początkiem obecnego sezonu, ale czekając na szersze oceny przyda się cierpliwość.

Po pierwszych kolejkach cieszy fakt, iż w każdym zespole jest co najmniej po dwóch, trzech młodych piłkarzy, którzy na stałe będą znajdować się w tzw. meczowych osiemnastkach i obcować z najlepszą polską ligą. To efekt zauważalny, dostępny krótkofalowo i na wyciągnięcie ręki. Efekt, który powinien być zwieńczeniem usystematyzowanego procesu szkoleniowego, który kończy się właśnie w momencie przejścia młodzieżowca do poważnej piłki. My mamy sytuację odwrotną. W momencie, gdy dopiero powoli kształtuje się system szkolenia, chcemy wprowadzać nielicznych na rynku piłkarzy, którzy mają w młodym wieku potencjał “na już”, na grę w najmłodszych latach.

Gdzie jest najlepiej?

Już po pierwszych kolejkach można zauważyć pewne prawidłowości, jeśli chodzi o personalia. W każdym klubie obowiązuje osobna strategia na wystawienie obligatoryjnego młodzieżowca w składzie. Niektóre zespoły jak chociażby Lech, Lechia czy Pogoń Szczecin mają do wyboru duże zaplecze wychowanków. Mogą nimi łatwo rotować, przez co nowy przepis żadnego problemu stanowić nie będzie. W Poznaniu po rewolucji kadrowej postanowiono jeszcze bardziej stawiać na zdolnych wychowanków. W kadrze Lecha na pierwsze dwa mecze było po ośmiu młodzieżowców, z czego połowa na placu gry. Ostatnie spotkanie Lech kończył z sześcioma młodzieżowcami na placu gry. Takie statystyki robią wrażenie, szczególnie gdy dodamy fakt, że Lech gra atrakcyjny i ofensywny futbol.

REKRUTACJA OTWARTA! DOŁĄCZ DO ZESPOŁU MŁODZIEŻOWEGO FUTBOLU! KLIKNIJ TUTAJ

Na młodzież możemy także liczyć przy okazji meczów Pogoni. Na razie głównym bohaterem jest Kowalczyk, ale w Szczecinie warte podkreślenia jest coś więcej, niż tylko trwający sezon. Pogoń już wcześniej zarysowała jasny plan na rozwój klubu. Poprzez programy przygotowujące najlepszych piłkarzy w kategoriach młodzieżowych do przejścia w futbol seniorski, ma zamiar na przestrzeni sezonu z tych utalentowanych juniorów korzystać. Do tego grona można śmiało dopisać Zagłębie Lubin, które także już w poprzednich sezonach pokazywało, że w Lubinie chcą promować wcześniej wyszkolonych tam piłkarzy. Teraz głośno zrobiło się o Łukaszu Porębie, który przecież pierwsze kroki w Ekstraklasie stawiał już dużo wcześniej. Także dzięki temu dziś możemy z radością obserwować wyczyny pomocnika “Miedziowych”.

Czasem strategia korzystania z młodych zawodników jest pokłosiem zmiany polityki finansowej, nierzadko te dwie sfery są nieodłączne w strategii na budowę klubu. Tak to działa chociażby w Lechii, która zaczęła od postawienia w większej mierze na polaków, dorzucając do tego przedstawicieli młodego pokolenia. Takie zarządzanie sprawiło, że w Gdańsku również nie martwią się nowym przepisem. Piotr Stokowiec już w zeszłym sezonie potrafił chociażby “wyciągnąć” z rezerw 16-letniego Filipa Dymerskiego i dać mu szansę debiutu w Ekstraklasie. Ważnymi ogniwami w Lechii są Makowski i Fila, na których zdecydowanie postawił trener “Biało-Zielonych”.

Mniejszy, ale wciąż wybór

Zapowiadanych problemów z młodzieżowcem jak na razie nie ma Jagiellonia. Dotychczas bardzo dobrze spisywał się Bida, a ostatnio przebudził się nawet Patryk Klimala. Jednakże tutaj jest to raczej wymuszone przepisem, co działa na korzyść tej dwójki. Jaga, która kiedyś słynęła raczej z młodej i polskiej jedenastki, teraz wszelkimi sposobami broni się przed wystawianiem rodaków, tłumacząc się, że ci są za drodzy na rynku transferowym, z czym można się zgodzić.

W podobnej sytuacji, jeśli chodzi o młodzieżowca jest Legia. W stolicy jednak od niepamiętnych czasów nic się nie zmienia, bowiem talent goni talent, jeśli spojrzymy na obsadę bramki. Stałe miejsce ma Majecki i nic nie wskazuje na to, jakoby miało się to zmienić w tym sezonie. Do tego szanse otrzymuje Praszelik, a na ławce pojawia się Karbownik. Dopóki jednak nic złego nie stanie się Majeckiemu, na innych młodzieżowców raczej nie ma co w Warszawie liczyć. Osobnymi przypadkami są Górnik Zabrze i Wisła Kraków. Być może w pierwszych “11” na razie oszczędnie dysponują młodymi, ale za to przepełnione nimi ławki rezerwowych śmiało wskazują, że tam problemu z przepisem raczej nie należy się spodziewać.

Modlitwy o zdrowie i brak kartek

Lista klubów, które na nowy przepis PZPN-u zareagowały doraźnie jest niestety dużo większa. Mimo zapowiedzi trenera Probierza, Cracovia ewidentnie nie jest przygotowana na nowe ligowe realia. Na początku były próby wkomponowania Pestki, ale szybko okazało się, że nie jest ulubieńcem trenera. Następnie Michał Probierz postawił na Lusiusza, który radzi sobie lepiej, ale również musi sobie zdawać sprawę, że gdyby nie przepis, nie miałby miejsca w składzie. Gdzie podział się Struzik? Czemu Daniel Pik nie dostał ani minuty? To pytania, która same się nasuwają, a odpowiedzi nie ma. Wiadomo tylko, że Cracovia chcąc stawiać na wychowanków-młodzieżowców, mogła mieć zbyt górnolotne ambicje.

W Śląsku, Arce, ŁKS-ie, Rakowie, Piaście czy Wiśle Płock trenerzy do roli młodzieżowca przygotowali po jednym, dwóch zawodników i tego się stale trzymają. Sezon pokaże, czy taka taktyka zda egzamin, ale w przypadku kontuzji czy kartek szybko może się wydać, że jest to mniej opłacalne niż szansa dla kilku młodych z zaplecza klubu. Do Śląska specjalnie ściągnięty został Płacheta, w Arce występuje Antonik, w Piaście jeszcze gra Dziczek i tak dalej można wymieniać. Po jednym nazwisku w pierwszym zespole, gdy na ławce wciąż czeka 1/2 zastępców. To z pewnością duży minus nowego przepisu. Ci siedzący na ławce, zamiast czekania, w tym samym czasie mogliby przecież ogrywać się na wypożyczeniach.

Niestety, ale już po kilku kolejkach widać jak na dłoni podejście niektórych prezesów i trenerów do prowadzenia klubu i długofalowych projektów. W wielu przypadkach maksymalna oszczędność i ryzyko spadku nie pozwala nawet na najmniejsze eksperymenty kadrowe. W niektórych klubach z założenia długofalowej wizji mówi się “nie”. Mimo, że przynosi ona czasem o wiele lepszy rachunek niż ta tworzona “na już”. Jednak biorąc pod uwagę pierwsze kolejki, nowy przepis w dużej mierze zdaje egzamin. Na pewno nie ma mowy o obniżeniu poziomu Ekstraklasy. Pozostaje pytanie, czy po kilku sezonach działania przepisu kluby zmienią nieco optykę na wychowywanie własnych młodych perełek. Tu trzeba postawić znak zapytania i cierpliwie czekać na efekty bądź zmiany, których przecież oczekiwali wprowadzający zmiany.