od siedmiu lat
UD Las Palmas

Las Palmas to jedyny zespół w Hiszpanii, który od siedmiu lat nie stracił pierwszego miejsca na koniec sezonu regularnego Dywizji Honorowej VI U-19. Drużyna z Wysp Kanaryjskich w rozgrywkach juniorskich stała się prawdziwym tytanem. Gdzie szukać rezultatów w piłce seniorskiej?

Rozgrywki Dywizji Honorowej są odpowiednikiem polskiej Centralnej Ligi Juniorów. Kluby uczestniczące w DH są podzielone na siedem grup po szesnaście ekip w zależności od lokalizacji. Mistrzowie swoich grup i jeden zespół z drugiego miejsca posiadający największą zdobycz punktową, po sezonie regularnym, mierzą się w Copa de Campeones (play-offy) o miano mistrza kraju. Trzy ekipy z każdej grupy znajdujące się na dnie tabeli spadają do niższych rozgrywek – Ligi Narodowej. Wyjątkiem są zespoły z Wysp Kanaryjskich, które lądują w rozgrywkach o nazwie Canarias Preferente. Oczywiście już na pierwszy rzut oka widać tu podobieństwo do naszych rozgrywek CLJ w starym systemie wschód-zachód.

Las Palmas będąc od lat mistrzem grupy VI, nieprzerwanie bierze udział w play-offach. Sęk w tym, że od 2012 roku na siedem możliwych finałów, ani razu w nim się nie znaleźli. Powiem więcej – wyłącznie dwa razy przeszli pierwszą rundę (sezon 12/13 i 15/16). Gdzie w takim razie powinniśmy umieścić granicę fenomenu ich szkolnictwa?

Grupowa sielanka kontra brutalna rzeczywistość

UDLP dzieli grupę z takimi “potęgami” jak CD Tenerife, San José… i właściwie to by było na tyle. Ciężko tutaj znaleźć potencjalną konkurencję, która rzeczywiście może w jakiś sposób zagrozić żółto-niebieskim w walce o play-offy. W tym sezonie Tenerife nie odstępuje kroku od lidera, aczkolwiek niewielu byłoby w stanie postawić, że przełamią hegemonię Las Palmas. Czy w takim wypadku zachwyt nad kolejnymi rekordami jest w ogóle zasadny?

Z jednej strony brak poważnego zagrożenia powoduje, że to zawodnicy grający w Las Palmas sami ustawiają sobie poprzeczkę, walcząc z własnymi założeniami. Do weryfikacji dochodzi w Copa de Campeones, a niesamowite liczby przepadają wraz z wiatrem. Niemniej jednak utrzymanie odpowiedniego poziomu i ciągła walka o poprawę własnych rekordów świadczy o corocznym progresie kanaryjskiego giganta. Nawet jeśli rywalom trudno podjąć rękawice.

Głównym zadaniem rozgrywek młodzieżowych oprócz samych osiągnięć zespołowych jest przede wszystkim indywidualne wyszkolenie. Młodzi adepci mają w przyszłości składać się na główną siłę pierwszego zespołu. W potęgach pokroju Realu, Atletico, czy Barcelony nie stanowi to głównego elementu kreowania swojej kadry na każdy kolejny sezon. Inaczej wygląda to w mniejszych zespołach. Klubach, które nie są w stanie poświęcić dużej części budżetu na transfery, zakładając, że w ogóle dysponują środkami na jakiekolwiek poważne ruchy. Zdecydowanie łatwiej wydaje się sięgnąć po swojego wychowanka. Oszczędniej, a w perspektywie lat istnieje możliwość, by na tym ruchu jeszcze dodatkowo zarobić. Każdy wygrywa.

Z rozgrywek młodzieżowych prosto w ręce “piłkarskiej fabryki”

W tym miejscu zderzamy się z głównym problemem stopującym zapędy Las Palmas. Rola kanaryjskiego zespołu szybko została zdefiniowana przez “starszego brata”. Każdy udany wyrób spod skrzydeł UDLP momentalnie trafia w ręce większego klubu. Młodzi piłkarze grający na wyspach jako nieletni nie mogą zawiązać profesjonalnego kontraktu z klubem, więc ten fakt wykorzystują silniejsze instancje. Gwarancja większych przywilejów, kuszenie grą w renomowanych szkółkach to codzienność w hiszpańskiej piłce. Zespoły, które poświęciły czas na uformowanie piłkarskich podstaw u młodego zawodnika, często nagradzane są uściskiem ręki i satysfakcją, że ich zawodnik wkrótce przywdzieje koszulkę Realu, czy Barcelony. Na jak długo? To już temat na inną okazję.

Trzy lata temu szeregi Las Palmas opuściło aż dwunastu młodych piłkarzy tuż przed podpisaniem kontraktu z klubem. Zwabieni przez konkurencje i straceni w ligach regionalnych. To również pamiętny moment ogromnego talentu Toniego Segury, który wrócił do Betisu po blisko półtora roku gry w szkółce UDLP. Po co? Wyłącznie dlatego, że zespół z Sevilli zwęszył okazję na możliwość szybkiego zarobku. W ostatniej chwili wyciągnęli Hiszpana za darmo, by kilka dni później dojść do porozumienia z “Królewskimi”. Transakcja nieróżniąca się znacząco od wielu innych, a jedynym poszkodowanym okazał się ten najmniejszy, który został z niczym.

– Myślę, że na dzisiaj trudno postawić jasną diagnozę i dostać receptę, która pogodzi wszystkich. Piłkarz młodociany nie ma sztywnych zobowiązań względem klubu, więc trudno go utrzymać, gdy zgłasza się taki zespół jak Atletico, czy Barca. Prawdę mówiąc, sam na ich miejscu pewnie bym z takiej okazji skorzystał, nie jest to dla mnie nic nadzwyczajnego. Na pewno trochę przykre, ale naturalne – mówi w wywiadzie dla “Santeno Coeo” Santi Lampre, były szkoleniowiec Juvenilu kanaryjskiej ekipy.

Włodarzom klubu nie zostało nic innego jak nadzieja, że część z tych chłopaków postanowi kontynuować swoją karierę na Wyspach Kanaryjskich. Dobre wyniki “młodzieżówki” wydają się odpowiednim chwytem, by choć trochę wspomóc ich w tym wyborze.

Autor: Michał Kwieciński