skrzydłach
Młodzieżowy Futbol

Po genialnych wykonach w półfinałach, widz chce więcej. Apetyt rośnie w miarę jedzenia, ale nic dziwnego, bo w końcu mówimy o finale Centralnej Ligi Juniorów!

Po wyśmienitych półfinałach CLJ, Lech Poznań niczym na skrzydłach niesiony po złoto. Krakowianie swój poziom argumentują od jesieni mimo niewielkich problemów na początku sezonu. Kto okaże się lepszy?

Poznaniacy po perturbacjach w Ząbkach przegonili myśli warszawskiej Legii o złocie, gromiąc rywala aż 5:2. Mimo że w pierwszym meczu to “Legioniści” byli górą, to ostatecznie “Kolejorz” zgarnął bilet do wielkiego finału. Nie ma co ukrywać – świetne widowisko ze zwrotami akcji i tym, co najważniejsze – bramkami. Tam po prostu trzeba było być.

W tym samym czasie o finał batalię toczył Śląsk Wrocław, który w starciu z Cracovią okazał się przynajmniej o klasę gorszy. Choć na sezon w wykonaniu Wrocławian narzekać nie można, to w starciu z “Pasami” ciężko szukać pozytywów. Można rzec, iż podopieczni Piotra Jawnego wyzionęli ducha, zostawiając na boisku wyłącznie “wizualizację drużyny”. Krakowianie mądrze wykorzystali każdą pomyłkę przeciwnika, aczkolwiek wcale nie zamierzali schodzić z tonu. Po pierwszym zwycięstwie 2:0 dobili Śląsk w rewanżu 4:0. Pogrom.

Czas na finał! Zapowiadał się wyśmienicie, a wyszedł na pół gwizdka

Pierwsze spotkanie z finałowego dwumeczu przypominało trochę internetowe zakupy przez typowego laika. Niby trafiłeś ofertę nie do odrzucenia, wygląd bajka, a i cena przystępna, lecz gdy otwierasz paczkę, to otrzymujesz zupełnie co innego. Identycznie wyglądał pojedynek pomiędzy Lechem a Cracovią przy Wielickiej.

Cracovia w dwóch ostatnich spotkaniach postawiła na tych samych piłkarzy, a szkoleniowiec “Pasów” nie zamierzał lepić z gliny czegoś zupełnie nowego na mecz z Poznaniakami. Warto zaznaczyć, że podopieczni Kordiana Wójsa w sezonie regularnym przegrali tylko raz. Lepszy okazał się Motor Lublin. Zespół z Krakowa nie wyrzekł się potknięć w postaci remisów. Aż 10 meczów bez rozstrzygnięcia to dosyć spory wynik, patrząc, że często to właśnie oni przeważali nad rywalem. Wrażenie na boisku zostawiali jeszcze na długo po rozegranym meczu, a nie tylko kibice, ale również oponenci często wskazywali ich jako najgroźniejszych na wschodzie. Nawet mimo Legii, która przecież do końca utrzymywała swój “streak” meczów bez porażki.

Mistrz może być tylko jeden

Przejdźmy do finału. Pierwsze minuty spotkania to pokaz gry taktycznej ze stałych fragmentów gry. Lech Poznań już w 3 minucie był blisko objęcia prowadzenia, ale przepuszczona piłka przez jednego z graczy “Kolejorza” nie została skierowana w światło bramki przez Eryka Kryga. Nieczysto trafiona futbolówka minęła dalszy słupek bramki bronionej przez Majchrowicza. Kilka chwil później do gry pokazał się Paweł Tupaj, ale piłka zagrana od Filipa Marchwińskiego była zbyt mocna, by 18-latek dał radę do niej dobiec.

Krakowianie widząc coraz to śmielsze poczynania przyjezdnych, w końcu wzięli się do roboty. W 13 minucie piłka zagrana na lewe skrzydło, gdzie zwykle bywa Szymon Pająk. Tym razem nie było inaczej, a defensor pokusił się o cięty strzał blisko ziemi, który sprawił niemałe problemy bramkarzowi. Niestety nikt z gospodarzy do tej piłki nie doszedł odpowiednio wcześnie, a zamknięcie akcji pozostawię bez komentarza.

Poznaniacy próbowali przerzucać ciężar z prawej do lewej, jednakże wszystko trwało zbyt długo, by mogło zaskoczyć przeciwnika. Często to defensorzy wyprowadzali akcje, zagrywając długie piłki do linii ofensywy. Bezskutecznie. Skuteczności zabrakło również gospodarzom, gdy po dobrze wyprowadzonej piłce jeden z piłkarzy Cracovii próbował dogrywać do Daniela Pika, ale obrona była czujna.

Poziom widowiska spadał i brakowało bramki, która podniosłaby oba zespoły do dalszej walki. Głównym powodem bez wątpienia jest długi sezon w nogach piłkarzy z obydwu drużyn.

Jest otwarcie wyniku, jak na życzenie

W 32 minucie akcja rozpoczęta przez Bartkowiaka mogła znaleźć ujście w postaci gola. Znakomite złamane do środka, gra na jeden kontakt z Sobolem, a potem Marchwińskim i wykończenie palce lizać. Szkoda tylko, że zawodnik z numerem “20” był na spalonym, więc bramka nie została uznana. Niemniej jednak czapki z głów, albowiem taka gra jest jednym z argumentów, dlaczego warto oglądać CLJ.

Gol wisiał w powietrzu, a “Pasy” częściej zaczynały gubić krycie. Piłka już nie chodziła od nogi do nogi, a sami zawodnicy bardziej skupiali się na tym, jak zatrzymać Lecha, niż samemu wyprowadzić składną akcję. Taki plan musiał w końcu zawieźć i z szansy skorzystał Hubert Sobol, bo kto inny? To 23 bramka Sobola w tym sezonie. Mamy 1:0, ale nie ujmujmy roli Szymona Zalewskiego, który swoim podaniem minął dwóch piłkarzy krakowskiej ekipy.

Mecz miał nabrać rumieńców, ale piłki zagrywane przez połowę boiska nie są elementem, który cieszy oko. Rzadko bywają również aspektem przynoszącym bramkę. Kolejne próby Cracovii szybko kończyły się fiaskiem, a gra przeciwko bezbłędnemu tego dnia Zalewskiemu nie należała do najłatwiejszych. Zawodnicy Wójsa przycisnęli, więcej rozgrywali, więcej kombinowali, a cofnięty Lech szukał swoich okazji przy kontrach. “Kolejorzowi” się nie śpieszyło, ale gra do tyłu to zawsze ogromne ryzyko, którym mogli nadpłacić po godzinie gry. Czas uciekał, a mecz robił się bardzo jednostajny, wręcz prostolinijny. Zagraj do boku – znajdź partnera – poszukaj strzału i tak w kółko.

skrzydłach
Gol24.pl
Trochę przypadku, ale czym byłby futbol bez niego?

Ofensywna gra popłaca, ale gdy w ataku jesteś nieskuteczny, możesz za to zapłacić. Lech pierwsze ostrzeżenie wysłał w 78 minucie, trochę z przypadku, ale Sobol mógł wpisać się raz jeszcze na listę strzelców. Cracovię uratował Majchrowicz. Ta piłka jeszcze niefortunnie odbiła się od jednego z obrońców, ale na szczęście nie zmierzała ku bramce. Drugie podejście zakończyło się finiszem w postaci bramki. Piłka z rzutu rożnego zagrana na przedpole, gdzie stał Łukasz Norkowski, a ten strzałem z dystansu pakuję futbolówkę między słupki. Prawdopodobnie miał sporo szczęścia, albowiem przy strzale się pośliznął, ale to nie miało już większego znaczenia. Przelobowany golkiper gospodarzy, już drugi raz wyciągał piłkę z siatki.

Pod koniec meczu “Pasy” jeszcze próbowały, choć zminimalizować straty przed meczem rewanżowym, ale Bartosz Mrozek nie dał się zaskoczyć.

Wynik pierwszego meczu finałowego:

Lech Poznań 2:0 Cracovia
na boisku przy ul. Wielickiej (Kraków)

To jeszcze nie koniec. Przed nami walka do ostatniej kropli potu

Lech Poznań na skrzydłach przeszedł przez każdą stawianą zaporę na tej krętej drodze. Złoto okazuje się już blisko, a chrapka nie jest bezpodstawna. Od 2015 roku “Kolejorz” próbuje zgarnąć tytuł mistrzowski, a teraz jest bliżej niż kiedykolwiek. Parafrazując klasyka – “jak nie teraz to kiedy, lepszej okazji nie będzie”. Krzysztof Kołodziej mimo wszystko nie wybucha “hurra optymizmem” i przed rewanżem z głową nisko, doceniając klasę przeciwnika. Trener Lecha wypowiada się również o determinacji swojego zespołu oraz o szczęściu, które z całą pewnością sprzyjało ekipie gości.

Cracovia na pewno nie może wyjść z założenia, że zwycięstwo się im należy. Klub z małopolski rozgrywa świetne zawody i nawet gdy zdarzają się wpadki, to ostatecznie schodzą z murawy z podniesioną głową. Tym razem nie musi być inaczej. Przegrana w pierwszym meczu to jeszcze nie koniec, a kto jak kto, ale Lech wie o tym najlepiej.

Zapraszamy na drugi mecz finałowy już 20 czerwca (środa) o godzinie 17:00. Wieczorem wyjaśni się, kto zostanie mistrzem tegorocznej Centralnej Ligi Juniorów!

Autor: Michał Kwieciński