Brawurowej
fot. tylkoekstraklasa.pl

Arka Gdynia po brawurowej gonitwie wyniku zremisowała 3:3 z Zagłębiem Lubin. Arkowcy w cztery minuty zdobyli trzy gole i byli o krok od drugiego zwycięstwa z rzędu. Nadzieję w doliczonym czasie gry odebrał im jednak Milan Posmyk.

Walcząca o utrzymanie Arka podejmowała u siebie trzecie w tabeli Zagłębie Lubin. “Miedziowi” na wiosnę charakteryzują się dość chimeryczną grą i nie potrafią złapać na dłuższy czas stabilnej formy. Arka po zwycięstwie z Legią na własnym stadionie rozbudziła apetyt, by następnie lekko go ugasić w przegranym 3:0 spotkaniu z Cracovią. W Gdyni spotkały się więc ekipy, które dobrze rozegrane pojedynki przeplatają, niczym kwietniowa pogodę zimę i lato, z tymi gorzej rozegranymi.

Pierwsza połowa spotkania przebiegła pod dyktando gości. Zagłębie panowało na boisku i skutecznie wykorzystywało przewagę. Szybko, bo już w piątej minucie meczu po pięknej dwójkowej akcji Dominika Więcka z Jakubem Sypkiem, drugi z wymienionych wpisał się na listę strzelców. Lubinianie nie poprzestali na jednym golu i wciąż szukali luk w dziurawej w pierwszej połowie defensywie Arki. Na kilka minut przed końcem pierwszej części gry faulowany w polu karnym Błażej Czuban podszedł do “jedenastki” i pewnie pokonał golkipera gospodarzy.

Inna twarz Arki stłamsiła Zagłębie

Po przerwie oglądaliśmy za to zupełnie inne spotkanie. To za sprawą Gdynian, którzy na drugą odsłonę wyszli z ogromnym animuszem. Ważnej, jak się później okazało, korekty w składzie dokonał szkoleniowiec Arki Jakub Frydrych. Za słabo prezentującego się Urbańskiego wszedł Kamiński, który ewidentnie pomógł rozruszać ofensywę Arkowców. Ponadto gospodarze wyszli wysokim pressingiem i grali o wiele bardziej agresywnie. To na początku nie przynosiło wymiernych efektów, ale, co już wiemy, na takowe należało trochę poczekać.

” (W przerwie – przyp. red.) delikatnie zasugerowałem, że jeżeli się nie obudzimy, to zostaniemy z ręką w nocniku. Zostało 8 kolejek do końca i kiedy, jak nie na własnym stadionie zdobywać te punkty? Przeciwników mamy w najbliższym czasie z górnej półki, z samego czuba tabeli. Kluczowe będą te najbliższe kolejki, nie możemy czekać na to, co się wydarzy, musimy sprawy wziąć we własne ręce i wziąć się do roboty” – tłumaczy trener Frydrych.

CLJ: ŚLĄSK KOLEJNY RAZ POKAZAŁ, ŻE JEST W FORMIE!

Szalone cztery minuty Arki rozpoczął w 71 minucie Jakub Wilczyński. Napastnik żółto-niebieskich po zamieszaniu w polu karnym przytomnie wykorzystał podanie kolegi z zespołu i dał sygnał do ataku. Podopieczni trenera Frydrycha poszli za ciosem i już dwie minuty później bramkę wyrównującą zdobył z rzutu karnego Mateusz Zbiranek. Na swoją kolej zapracował w drugiej połowie jeszcze Mateusz Stępień. Gdynianie złapali już pełny wiatr w żagle i na trzecie uderzenie czekaliśmy tylko kilkadziesiąt sekund. Do Stępnia piłkę dograł Dawid Szałecki, a 17-latek klinicznym wykończeniem pokonał bramkarza przyjezdnych.

“Wiedzieliśmy, że Zagłębie wyprowadza piłkę trójką obrońców, tak samo jak Legia, chcieliśmy grać w pressingu średnim i liczyć na kontratak. To z Legią zafunkcjonowało, z kolei tu musieliśmy z drugiej połowie diametralnie zmienić nasz plan i wyjść w pressingu wysokim. Przyniosło to efekt w postaci tych trzech goli po ich błędach” – podawał przyczynę zmiany ustawienia 32-letni trener Arki.

A mogło być tak pięknie…

Arka po tak brawurowej gonitwie miała już wymarzony niemal wynik, ale siłą rozpędu jeszcze kilka razy zagroziła bramce Szymona Czajora. Goście mogli pożegnać się z punktami w tym meczu, ale znakomitej sytuacji sam na sam z bramkarzem nie wykorzystał Stępień. Jednak to Zagłębie dało o sobie znać jako ostatnie. Już w doliczonym czasie gry z okolic 11 metra wyrównującego gola zdobył Milan Posmyk. Widowisko zakończyło się podziałem punktów, z którego ostatecznie zadowolony był trener gospodarzy.

“Skorygowaliśmy ustawienie, wyszliśmy wyżej, agresywniej, nie pozwalaliśmy swobodnie wprowadzać piłki obrońcom Zagłębia i zdało to egzamin. Liczyliśmy, że jeśli szybko zdobędziemy bramkę to nerwy się wkradną w poczynania Zagłębia. Po strzelonej bramce oddali nam inicjatywę. Potrafiliśmy wykorzystać tę przewagę, dołożyliśmy następne dwie. Na pewno nikt nie spodziewał się, że w taki krótkim czasie odmienimy losy spotkania. Niestety w końcówce zamiast podwyższyć prowadzenie na 4:2, straciliśmy bramkę”.

“Gdyby ktoś mnie po pierwszej połowie zapytał, czy remis by mnie satysfakcjonował, odpowiedziałbym z pełnym przekonaniem, że tak. Z kolei w drugiej odsłonie mogliśmy na pewno pokusić się o zwycięstwo i byliśmy w stanie to zrobić. Przeważył brak koncentracji, pech, trudno mi to nazwać, spowodował, że skończyło się na podziale punktów. Z przebiegu całego meczu, remis jest pewnie sprawiedliwy” – podsumowuje opiekun Arki.