Michał Król
Fot. Marlena Penc/Legia Warszawa

Co czuł, grając po raz pierwszy na stadionie przy Łazienkowskiej? Dlaczego w domowych meczach UEFA Youth League Legia nie zaprezentowała się zgodnie z oczekiwaniami? Co sądzi o półkach uginających się od pucharów z czasów piłki juniorskiej? Dlaczego uczy się języka angielskiego i czemu jego idolem jest skrzydłowy, Jakub Błaszczykowski? Co myśli o akcjach typu “Rainbow Laces” Czym powinien cechować się dobry kapitan? Co robić, by nie odbiła woda sodowa i ile w dzisiejszej piłce znaczy trening mentalny?

 W długiej rozmowie z Jakubem Wydrą, specjalnie dla MlodziezowyFutbol.pl kapitan zespołu U19 Legii Warszawa, prawy obrońca reprezentacji Polski juniorów, Michał Król.

 Grając w UEFA Youth League nie do końca radziliście sobie w meczach na własnym boisku? Nie udźwignęliście presji?

Michał Król: – Nie zgodzę się ze stwierdzeniem, że to presja nas w tych meczach przygniotła. Szczerze mówiąc, grając przy Łazienkowskiej nie czuliśmy większego stresu, niż zwykle. Dlatego nie doszukiwałbym się przyczyn słabszej gry w tym, że graliśmy akurat na płycie głównej stadionu, przy dopingu dwóch tysięcy kibiców i kamerach telewizyjnych. Oczywiście, może nie jesteśmy do tego przyzwyczajeni na co dzień, bo nie ma co ukrywać – otoczka wokół spotkań Ligi Młodzieżowej jest zupełnie inna, niż podczas meczów ligowych czy sparingów. Byliśmy jednak na tyle skoncentrowani i dobrze przygotowani mentalnie do tych spotkań, że to wzmożone zainteresowanie raczej nie miało negatywnego przełożenia na naszą postawę. Wręcz przeciwnie – tym bardziej chcieliśmy udowodnić wszystkim, że potrafimy pokazać kawał dobrego futbolu, zagrać na tym poziomie jak równy z równym, nawet z rywalem pokroju Ajaxu. Nie do końca wyszło to tak, jakbyśmy sobie tego życzyli. Dlaczego? Może właśnie byliśmy trochę przemotywowani? Może za bardzo chcieliśmy coś udowodnić, zamiast po prostu grać swoją piłkę? Ciężko jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Z Breidablik mieliśmy bardzo dobry rezultat po pierwszym meczu i w rewanżu w Warszawie to my graliśmy ze spokojną głową. W kolejnej rundzie przyszło nam się zmierzyć z Ajaxem i pierwsze spotkanie rozgrywaliśmy na własnym boisku. Chyba każdy wie, gdzie w futbolu młodzieżowym jest Ajax, jaką renomą cieszy się ich akademia na całym świecie. Myślisz Ajax – pierwsze co przychodzi ci na myśl, to świetne szkolenie i wielu wybitnych wychowanków. Zdawaliśmy sobie sprawę, że gramy z jednym faworytów do końcowego triumfu w rozgrywkach. Udało nam się zdobyć pierwszą bramkę, ale to tylko podrażniło Holendrów. Później pokazali nam miejsce w szyku, strzelając cztery gole. Niemniej jednak w rewanżu potrafiliśmy wygrać z nimi w Amsterdamie i napsuć im sporo krwi. Jeśli Ajax na własnym boisku gra na czas, byle tylko nie stracić kolejnych bramek i nie wypuścić z rąk awansu, to chyba nie jesteśmy tacy beznadziejni, jak pewnie wielu pomyślało po pierwszym meczu w Warszawie.

Czuliście przeskok – z perspektywy murawy – między cotygodniową rywalizacją w Centralnej Lidzie Juniorów, a grą w europejskich pucharach?

– Nawiązując do tego, co powiedziałem przed chwilą – pod względem otoczki – ogromny. Ciężko ubrać w słowa uczucie, kiedy przed spotkaniem z Breidablik wyszedłem na rozgrzewkę na murawę stadionu przy Łazienkowskiej. Pierwszy raz, jako zawodnik, który za chwilę rozegra tutaj mecz. Przychodzisz na stadion jako kibic, część chłopaków podawała kiedyś piłki podczas spotkań pierwszego zespołu, ale dopiero gdy znajdujesz się w tym miejscu jako piłkarz, czujesz czym jest gra na tym stadionie. Były w tym meczu takie momenty, kiedy już brakowało mi sił, by dobiec do jakiejś piłki, doskoczyć do rywala, ale słysząc doping naszych kibiców – przechodziły mnie ciary i dostawałem ogromnej dawki energii. Nie wiem, czy ktoś, kto nie przeżyje tego na własnej skórze, będzie potrafił zrozumieć to uczucie. Nie muszę chyba dodawać, że w spotkaniach ligowych ciężko doświadczyć takiej atmosfery. Jeśli chodzi o poziom sportowy – to trochę tak, jakby porównać polską Ekstraklasę i Ligę Mistrzów. Różnica poziomów jest oczywista. My szanujemy każdego przeciwnika i do każdego podchodzimy z takim samym nastawieniem. Są mecze lepsze i gorsze, czasem wygrywasz z Ajaxem, by później przegrać z najsłabszym zespołem w CLJ-ce. Piłka jest nieprzewidywalna i to właśnie jest jej urokiem. Bywa też tak, że trudniej przygotować się do pojedynku ligowego, niż w europejskich pucharach. O Ajaxie możesz się dowiedzieć wszystkiego, chociażby z internetu. O zespole z Centralnej Ligi Juniorów już niekoniecznie.

Wasz cel na ten sezon to kolejne z rzędu mistrzostwo Polski juniorów starszych?

– My patrzymy na to w inny sposób – koncentrujemy się wyłącznie na najbliższym spotkaniu. Oczywiście, w naszych głowach jest cel w postaci mistrzostwa Polski, bo chyba nikt nie powie, że nie jest fajnie być najlepszym zespołem w kraju. To duże wyróżnienie, nagroda za cały rok pracy, ale to nie puchary i medale są dla nas na ten moment priorytetem. Chcemy stawać się lepsi, z treningu na trening, z meczu na mecz. Jak będzie to szło w tym kierunku – że będziemy coraz to lepszymi zawodnikami – będziemy wygrywać i pewnie zawalczymy o złoty medal. Sezon jest długi, jest wiele spotkań do rozegrania i nikt nie zostanie mistrzem przez przypadek. Za kilka lat i tak nie będzie miało znaczenia to, ile pucharów z czasów juniorskich mamy na półce, ale co potrafimy na boisku, więc przede wszystkim należy zachować zdrowy rozsądek i koncentrować się na odpowiednich aspektach.

 

Michał Król

 

Występujesz w zespole U19, a więc przedsionku do seniorskiej piłki. Nie boisz się tego przejścia z poziomu juniora do dorosłego futbolu?

– Nie, absolutnie! Po pierwsze, wierzę w swoje umiejętności i wiem, że nie mam się czego obawiać, bo wszystko jest w moich rękach. Po drugie, każdego dnia ciężko pracuję właśnie po to, by za jakiś czas grać na najwyższym poziomie. Strach mógłby mi tylko zaszkodzić. Czuję natomiast coś innego – pokorę. Mam w głowie swój cel, do którego chcę dążyć każdego dnia. Wiem, że aby go osiągnąć czeka mnie jeszcze długa i wyboista droga.

Uczysz się już języka angielskiego?

– Rozumiem, że nawiązujesz do mojego zainteresowania angielską Premier League? (śmiech). Języki obce są bardzo przydatne w życiu, więc oczywiście, uczę się. Chociaż nie ukrywam, że bardzo podoba mi się również liga niemiecka i chciałbym kiedyś spróbować w niej swoich sił. To jednak póki co daleka perspektywa, do Bundesligi czy Premier League nie trafiają przypadkowi gracze.

Grając w Anglii spotkałbyś się z akacjami typu “Rainbow Laces” na rzecz osób ze środowiska LGBT. Dla zawodników z Polski, o zupełnie innej mentalności, mogłoby to stanowić jakiś problem?

– Wiesz co, osobiście nigdy nie patrzyłem na bycie homoseksualistą jako na coś złego. Każdy człowiek ma prawo, by być sobą. Ja z domu wyniosłem przede wszystkim jedno – by szanować innych ludzi, niezależnie od ich poglądów i tego, kim są. Inna sprawa, że nie wiem, czy akcje typu “Rainbow Laces” coś realnie zmienią, czy też nie. Pod względem szerzenia tego szacunku w społeczeństwie – takie inicjatywy można ocenić pozytywnie. Z drugiej strony, ludzie pewnie mają różny odbiór tego typu akcji, szczególnie w Polsce, gdzie nastawienie do środowiska LGBT nie jest zbyt pozytywne. Pewnie na część osób podziałają one wyłącznie jak płachta na byka. Myślę jednak, że niektórzy może zmienią swój stosunek, gdy zobaczą, że kapitan ich ulubionego zespołu wychodzi z tęczową opaską na ramieniu, zawodnicy grają w tęczowych sznurówkach i mówią w klipie nagranym z tej okazji, że homofobia, podobnie jak wcześniej rasizm, to bardzo złe zjawisko. Ja mogę mówić jednak wyłącznie za siebie – dla mnie każdy człowiek ma prawo, by żyć po swojemu, zaś ja nie mam prawa, by go oceniać czy potępiać.

Podobno Twoim piłkarskim idolem jest Jakub Błaszczykowski?

– Tak, to prawda. Imponuje mi przede wszystkim jego charakter, to jakim jest człowiekiem. Mocno angażuje się w pomoc potrzebującym, sam dużo przeżył w swoim życiu. Ta niezłomność w dążeniu do celu i to, że potrafił poradzić sobie w tylu naprawdę trudnych momentach budzą ogromny szacunek. Dla mnie jest przede wszystkim przykładem, że można odbić się od dna i wejść na sam szczyt. Wykorzystać swój dar najlepiej, jak się potrafi i stać się gwiazdą nie tylko reprezentacji Polski, ale również jednej z najlepszych lig w Europie. Książkę “Kuba” czytałem akurat w momencie, kiedy przyjeżdżałem do Legii na testy. Dała mi bardzo dużo do myślenia, ale też ogromnego kopa do pracy. Przede wszystkim, patrzę na Kubę nie tylko jako świetnego piłkarza, ale i dobrego człowieka poza boiskiem. Z takich ludzi trzeba brać przykład! Był też kapitanem reprezentacji, nieraz potrafił pociągnąć biało-czerwonych do walki, dla mnie – jako kapitana – to też ma pewne znaczenie i coś mogę dla siebie z jego postawy wyciągnąć, naśladować.

Kapitan zespołu to nie tylko opaska na ramieniu i dyskusje z sędziami.

– Zdecydowanie nie. Bycie kapitanem to nie tylko ogromne wyróżnienie, ale też spora odpowiedzialność, a twoja rola nie ogranicza się jedynie do dziewięćdziesięciu minut na boisku. Kapitanem jest się każdego dnia, o każdej porze, nie tylko w szatni czy na treningach. W pewnym sensie jesteś liderem, ale nie można tego mylić z byciem najważniejszym. Tych liderów może być w zespole wielu, u nas nie brakuje mocnych osobowości i nie ograniczałbym tej roli wyłącznie do kapitańskiej opaski. Po prostu, jako kapitan masz pewne obowiązki, czujesz większą odpowiedzialność za atmosferę w szatni, za nowych – wchodzących do drużyny – zawodników, za rozmowę z sędzią podczas meczu. Czasem musisz też zrobić jakąś listę dla trenera lub zajmować się innymi, bardziej organizacyjnymi kwestiami, czego osobiście bardzo nie lubię (śmiech). Nie odbierz jednak tego jako narzekanie – jestem bardzo dumny, że mogę być kapitanem w takim zespole, jak Legia Warszawa. To naturalne, każda grupa potrzebuje przywódcy, ale to nie wygląda tak, że ja coś komuś narzucam. W naszej szatni panuje świetna atmosfera i dobrze się ze sobą dogadujemy. Ta atmosfera jest natomiast efektem wkładu każdego zawodnika z osobna. Trochę jak w rodzinie, każdy jest istotny, nie ma ważniejszych i mniej ważnych. Co ja mogę zrobić jako kapitan? W trakcie gry staram się przede wszystkim motywować chłopaków do jeszcze mocniejszej pracy, ale też pochwalić za ważną interwencję czy dobre zagranie. Jestem tą osobą na murawie, która powinna zarówno opierdzielić, jak i pochwalić, bo obie reakcje są równie potrzebne. Samym krzykiem nic nie osiągniesz, ludzie są różni i nie do każdego to trafia. Ważne, by poza boiskiem nie zapominać o swojej roli. Musisz potrafić porozmawiać z chłopakiem, który w danym momencie ma trudniejszy okres, wesprzeć go. Czasem musisz wyczuć chwilę, w której potrzeba rozluźnić atmosferę jakimś żartem, innym razem umieć jeszcze mocniej nakręcić kolegów do walki, na przykład o odwrócenie losów z pozoru przegranego już spotkania.

Kapitanem nie zostałeś jednak przez przypadek. Co Twoim zdaniem zadecydowało?

– Zanim trafiłem na Łazienkowską pełniłem już tę funkcję w Motorze Lublin. Przychodziłem tu z myślą, że nawet jeśli nie będę nosił opaski na ramieniu, będę starał się brać na swoje barki odpowiedzialność za drużynę. Tak się złożyło, że trenerzy zaufali mi i powierzyli mi rolę kapitana również w Legii. Co zadecydowało? Wydaje mi się, że mam pewne cechy charakteru, które są w tej sytuacji pomocne. Jednak to pytanie bardziej do trenera, niż do mnie.

Jakie cechy powinien mieć dobry kapitan?

– Bardzo ważna jest pewność siebie i charyzma. Kapitan nigdy nie powinien wątpić w siebie i w swoją drużynę. Musi być pierwszym, który idzie na linię frontu i pociąga za sobą cały zespół. Powinien umieć trafić do każdego i z każdym mieć stosunkowo dobre relacje. Cenna jest również wyrozumiałość – w piłce, ale też i w życiu codziennym jest wiele sytuacji, na które często patrzymy przez pryzmat własnych doświadczeń. Kapitan powinien posiadać tę umiejętność wczuwania się w sytuację każdego zawodnika z osobna. Nieraz problemy pozaboiskowe mają duże przełożenie na postawę na murawie. Ty, jako kapitan musisz umieć wesprzeć takiego chłopaka, pomóc mu znaleźć rozwiązanie jego problemu. Może brzmi trochę idealistycznie, ale szczerze – ja tak to właśnie postrzegam. Trzeba też umieć odpowiednio rozładować napięcia w szatni i zażegnać konfliktom, które naturalnie, w tak licznej grupie, jaką jest zespół, czasem muszą się zdarzać. Jesteśmy tylko ludźmi, nie wolno o tym zapominać. Kapitan przede wszystkim nie powinien się rządzić, ale potrafić przekonać drużynę do swoich racji. Czasami polega to na zadawaniu odpowiednich pytań, które pozwolą innym dojść do konkretnych wniosków i znaleźć rozwiązanie sporu. To działa dużo skuteczniej, niż narzucanie własnego zdania.

Kapitan musi się również tłumaczyć ze słabych spotkań i porażek.

– W piłce seniorskiej jest to na porządku dziennym, w futbolu młodzieżowym już niekoniecznie. W Legii to tak naprawdę nowość, że udzielam wypowiedzi po każdym spotkaniu jako kapitan drużyny. Oczywiście, kiedy odpowiadasz na pytania zaraz po końcowym gwizdku, często mówisz pod wpływem emocji. Nie miałeś odpowiednio dużo czasu, by ochłonąć, nie było też chwili na rzeczową analizę. Nieraz trudno nad tymi emocjami zapanować. Są też chwile, kiedy nie masz ochoty na żadną rozmowę, ale to twój obowiązek, więc trzeba jednak posiadać umiejętność ważenia swoich słów. Nierozsądna wypowiedź może urazić któregoś z twoich kolegów, negatywnie odbić się na zespole, zdenerwować trenera lub kibiców. Nie jest łatwo udzielić takiego komentarza, który jednocześnie nie będzie zbiorem utartych frazesów, ale będzie wyważony i rozsądny. Na poziomie seniorskim zainteresowanie mediów naszą grą będzie nieporównywalnie większe, dlatego fajnie, że dziś możemy mieć już jakieś przetarcie i uczyć się tego w praktyce. Póki co to tylko media klubowe, ale zawsze daje to nam jakieś obycie z prasą i opinią publiczną, które w przyszłości może nam wyłącznie pomóc.

 

Michał Król

 

Przywiązujesz wagę do opinii innych na swój temat?

– Jeśli jest to opinia osób, które są mi obce i nie jestem z nimi emocjonalnie związany – nie mają dla mnie żadnego znaczenia. Nie znam motywów, jakie kryją się za ich opiniami, dlatego ciężko byłoby określić, czy płyną one z życzliwości, czy są jedynie tak zwanym hejtem. Oczywiście, konstruktywna krytyka zawsze jest wartościowa i można coś z niej dla siebie zaczerpnąć. Są autorytety, jak trenerzy, które warto posłuchać, bo znają się na swoim fachu i rzadko rzucają słowa na wiatr, byle tylko kogoś skrytykować. Te opinie rzeczywiście biorę sobie do serca, bo dzięki nim mam szansę stać się lepszym piłkarzem. Generalnie jednak, staram się nie przejmować tym, co myślą i mówią o mnie inni. Koncentruję się na sobie, na pracy i na grze, a nie na tym, czy moja osoba się komuś podoba, czy nie.

Transfer do Legii i przeprowadzka do Warszawy w młodym wieku mogą zawrócić w głowie?

– Przeprowadzić się z mniejszego miasta do Stolicy to spore wyzwanie i chyba nie każdy byłby w stanie mu podołać. Sporo zależy też od tego, jak daleko od Warszawy masz swój rodzinny dom, no i w jakim wieku się tutaj przenosisz. Ja akurat aż tak daleko do domu nie mam, są w zespole osoby, które mają zdecydowanie dalej i wracają tam tylko na święta. Dosyć często bywam u rodziców, oni przyjeżdżają na moje mecze, więc nie mam prawa narzekać. Przyjeżdżając tutaj i przechodząc do tak dużej marki, jaką jest Legia Warszawa, pojawiły się różne myśli. Była ekscytacja, ale również niepewność. Nie wiedziałem, czego mogę się spodziewać po ludziach, których tu spotkam, zupełnie nie znałem miasta. Po raz pierwszy w takim stopniu byłem zdany tylko na siebie. Mieszkając w bursie trzeba bardzo szybko dojrzeć, stać się samodzielny i odpowiedzialny. Teraz, gdy wynajmuję już mieszkanie z kolegą, jest jeszcze większy przeskok. Szybko przekonaliśmy się, że jak sam czegoś nie zrobisz, nikt za ciebie tego nie zrobi. Przykładowo, nie ugotujesz sobie, to nic nie zjesz (śmiech). Nie każdy siedemnastoletni chłopak musi się tym martwić. Wyjazd do Warszawy i transfer do Legii to chyba dla każdego ogromna lekcja życia. Pół roku w tym miejscu i jesteś innym człowiekiem.

Sporo jednak przykładów, że po takim transferze odbija woda sodowa.

– Jeśli o “sodówkę” chodzi, wydaje mi się, że kluczowe jest przede wszystkim to, z jakimi ludźmi się zadajesz. W twoim środowisku nie brakuje osób, które mogą cię ściągnąć na złą drogę, więc trzeba być bardzo ostrożnym i otaczać się odpowiednimi ludźmi. Tak naprawdę, nieodpowiednie towarzystwo to pierwszy krok do upadku. Później nie każdy potrafi powstać z kolan. Miasto i nocne życie mogą człowieka wciągnąć, to żadna tajemnica. Dlatego trzeba mieć głowę na karku i podchodzić do wszystkiego z rozsądkiem. Dużo też zależy, jak zostałeś wychowany w domu. Jeśli nauczono cię pokory i potrafisz rozsądnie patrzeć na swoje życie i karierę, a jednocześnie umiesz odczytać zamiary osób z twojego otoczenia, woda sodowa w głowie ci nie grozi.

Co rozumiesz pod pojęciem rozsądnego patrzenia na swoją karierę?

– Przede wszystkim pracę nad własnym rozwojem. Nie tylko pod względem umiejętności czysto piłkarskich, ale na różnych płaszczyznach. Staram się dużo rozmawiać na temat mojej gry, chociażby z trenerami, analizować. Jednak współczesny futbol to nie tylko boisko, ale masa innych dziedzin nauki, z których można czerpać. Na przykład, na temat psychologii bardzo dużo mogę dowiedzieć się od Michała Łasaka, który na co dzień jest analitykiem przy naszym zespole. Bardzo lubię z nim rozmawiać, często podrzuca mi praktyczne rady czy ciekawostki. Generalnie, myślę, że rozmowa z każdym człowiekiem może nas czegoś nauczyć, pozwala spojrzeć na pewne sprawy z innej perspektywy. Poza boiskiem jestem przecież normalnym człowiekiem, dlatego warto czasem podyskutować na różne życiowe tematy. Ponadto, staram się w wolnych chwilach uczęszczać na szkolenia, na przykład dotyczące treningu mentalnego. Lubię też czytać, czy to o odpowiedniej diecie, czy właśnie o pracy nad sferą mentalną. W internecie szukam ciekawych blogów czy filmików, choć nie jest to łatwe, by spośród tak ogromnej liczby publikacji wybrać coś w stu procentach wartościowego.

Korzystasz z pomocy trenera mentalnego?

– Tak, od pewnego czasu współpracuję z Rafałem Malinowskim. Poza sesjami treningowymi, sporo do mojego życia wniosła książka, której jest współautorem. “Mentalny kop” przedstawia historię chłopca, który pewnego dnia spotyka swojego największego idola. Sporo w niej porad, anegdot, podpowiedzi w aspektach psychologii i rozwoju osobistego. Zdecydowanie, jest to publikacja warta polecenia każdemu zawodnikowi, niezależnie od wieku i poziomu rozgrywkowego. Napisana jest fajnym językiem, historia jest życiowa, każdy znajdzie w niej coś dla siebie.

 

Michał Król

Więcej na temat książki naszego Partnera TUTAJ.

Co Tobie daje trening mentalny?

– Kiedyś, gdy miałem trudny okres w Legii, dostałem w prezencie od rodziców książkę, która uświadomiła mi, jak duże znaczenie we współczesnym futbolu, ale również i w dorosłym życiu, ma to, jak masz poukładane w głowie i jak patrzysz na swoje życie. To był pierwszy moment, kiedy pomyślałem, że praca z trenerem mentalnym może mnie bardzo rozwinąć na wielu płaszczyznach. Często jest tak, że gdy nie masz odpowiednio przygotowanej głowy, nie jesteś w stanie pokazać pełni swoich możliwości na murawie. Coś cię blokuje, pierwszy błąd podcina ci skrzydła. Wtedy problemem nie są twoje umiejętności piłkarskie, ale brak odpowiedniego podejścia. Temu między innymi służy trening mentalny – byś potrafił panować nad swoimi myślami, zachowaniem, reakcjami na przeróżne bodźce. Kiedyś z Kacprem Wełniakiem miałem też zabawną sytuację, która jeszcze mocniej pchnęła mnie w kierunku pracy nad mentalnością. Mieszkając w wakacje przy AWF-ie wyszliśmy na boisko i spotkaliśmy tam trenera Karola Kowalskiego. Szybko nawiązaliśmy wspólny język i w rozmowie z nim sporo dowiedzieliśmy się na temat rozwoju osobistego czy właśnie treningu mentalnego. To spotkanie bardzo mocno wpłynęło na mnie i przyczyniło się w pewnym stopniu do chęci rozwoju w tej dziedzinie. W tamtej chwili uświadomiłem sobie, że gra w Legii nie jest równoznaczna z tym, że jesteś już najlepszy. To dopiero początek mojej drogi i tylko ode mnie zależy, jak wykorzystam swoją obecność w tym miejscu. Praca nad sobą, nad swoimi umiejętnościami, ale również nad psychiką, nad dietą czy chociażby nauka języków obcych w znacznym stopniu zwiększą moją szansę na sukces. I w ten właśnie sposób działam!

Chodzą pogłoski, że jesteś królem sucharów w Legii.

– Coś w tym jest, czasem potrafię zwalić z nóg (śmiech). Najczęściej są to żarty sytuacyjne, nie uczę się ich na pamięć. Sam nie wiem, skąd się to u mnie bierze, ale rzeczywiście zdarza mi się powiedzieć coś takiego, że każdy dookoła zastanawia się, jak mogłem wpaść na coś tak… śmiesznego. Przykład, trener Michał Kwietniewski zapowiada, że dziś będziemy pracować z płotkami, a ja zupełnie poważnym tonem pytam “Trenerze, a mamy wędki?”. To tylko jedna z tysiąca podobnych sytuacji.

Mamy Nowy Rok, więc nie mogę nie zapytać o Twój cel na najbliższe dwanaście miesięcy.

– Stawać się coraz lepszy pod każdym możliwym względem. Po prostu. Pracować, pracować i jeszcze raz pracować. Jak będzie ciężka praca, to nie ma innej możliwości – prędzej czy później przyjdą jej efekty. Jestem tego pewien!

ROZMAWIAŁ: JAKUB WYDRA

FOT. MARLENA PENC/LEGIA WARSZAWA; PRYWATNY ZBIÓR ZAWODNIKA