Słota
Michał Grzela

“The Royal Cup” padł łupem Lecha Poznań. “Kolejorz” pokonał w finale SL Benfikę, a we wcześniejszej fazie turnieju rywalizował między innymi z Pogonią Szczecin oraz Juventusem. Do Jarocina przyjechały jednak również zespoły spoza mainstreamu. Jednym z nich była krakowska Bronowianka. O funkcjonowaniu klubu, jego celach i wielu innych kwestiach opowiada trener rocznika 2008 Rafał Słota.

KLIKNIJ I PRZECZYTAJ WYWIAD Z TRENEREM BENFIKI LIZBONA PO FINALE TURNIEJU “THE ROYAL CUP” W JAROCINIE!

MF: Turniej w Jarocinie dobiegł końca. Jak ocenia Pan organizację i poziom rozgrywek, a także postawę samych zawodników?

Rafał Słota: Mieliśmy przyjemność wystąpić na bardzo silnie obsadzonym turnieju. Po otrzymaniu zaproszenia od organizatora, Jana Jaźwińskiego, nie mogliśmy odmówić i stracić szansy na rywalizację z mocnymi drużynami. Dla nas, mimo wszystko małej akademii, takie okazje są bezcenne. Na turnieju kilka zespołów pokazało się z dobrej strony. Mnie osobiście najbardziej zaimponował Lech Poznań, przede wszystkim pod względem jakości w organizacji gry.

Jak zawodnicy poradzili sobie z wizją gry na międzynarodowym turnieju przeciwko dużym klubom z zagranicy?

Byliśmy już z chłopcami na kilku takich turniejach i nie było to dla nich nic nowego. Wielkie marki nie robią już na nich wrażenia. Problemem jest jednak różnica w jakości.

Z czego może to wynikać?

Naszym najbliższym “sąsiadem” w mieście jest Wisła, z którą rywalizujemy w naborze. Przekonanie młodych chłopaków, by wybrali nas, jest zadaniem bardzo trudnym. Dlatego też w większości trenują u nas uczniowie z okolicznych szkół.

Jaka wobec tego jest filozofia szkolenia w Bronowiance?

Naszym głównym celem jest szkolenie i przekazywanie najzdolniejszych zawodników do większych klubów. Przyjęliśmy, że najlepsi chłopcy po kategorii młodzika powinni opuścić nasz klub i iść “wyżej”. Z doświadczenia wiemy, że jest to optymalny wiek dla zawodnika do tego, by zmienić zespół na większy. Obecnie z rocznika 2006, który również prowadzę, dwóch chłopców zostało oddanych do Wisły Kraków, a jeden do Cracovii i wszyscy bardzo dobrze się rozwijają.

Idealnym przykładem takiej myśli szkoleniowej jest Aleksander Buksa, który zaczynał w Bronowiance, a dzisiaj ma na koncie już dwa mecze w Ekstraklasie.

Olek mieszkał w obrębie Bronowianki i logistycznie najbliżej było mu do naszej szkółki. W zespole był jednak krótko bowiem szybko dostrzeżono jak dużym potencjałem dysponuje i bez wahania został puszczony do większej szkółki – AP 21, a potem do Wisły Kraków.

Wszystko musi mieć swój początek. Kiedy powstała myśl, by iść w takim kierunku prowadzenia akademii?

Pracuję w Bronowiance od pięciu lat. Gdy przychodziłem do klubu, można powiedzieć, że zaczęliśmy pracować w określony sposób. Stworzyliśmy autorski plan szkolenia oparty na kilku aspektach. Założyliśmy sobie, że chcemy wychować tak jednostkę, by mogła jak najszybciej pójść do większej akademii i dalej się rozwijać.

Zawodnik do szybkiego rozwoju potrzebuje odpowiednich warunków. Jak ocenia Pan Bronowiankę pod względem infrastruktury i finansów?

Zacznijmy od tego, że Bronowianka to przede wszystkim klub tenisa stołowego. Ten sport zawsze był i zawsze będzie tu na pierwszym miejscu. Mam nadzieję, że udało nam się jednak zamieszać trochę piłką nożną i naszymi wynikami. Pod względem infrastruktury nasz klub ciągle się rozwija. Mamy jedno boisko główne z nawierzchnią naturalną, orlika, a także jedno boisko boczne, którego jakość jeszcze nie jest odpowiednia, ale planowany jest jego remont. W planach jest również oddanie do użytku bocznego boiska sztucznego. Dodatkowo mamy jeszcze dwie hale: jedną małą i jedną dużą.

Porównując infrastrukturę klubu na tle Krakowa, jak prezentuje się Bronowianka?

W Krakowie najlepszą bazę mają Pogoń i Hutnik, który dodatkowo powiększył swoją infrastrukturę o byłe boiska Progresu. My na ten moment jesteśmy średniakiem, ale jeśli uda się zrealizować plany, które świtają w głowach prezesów, to będziemy mieli fajną bazę z prawdziwego zdarzenia.

Na początku przygody z piłką nożną treningi nie są regularne, dla części chłopców to tylko zabawa, którą muszą łączyć ze szkołą. Czy w Bronowiance trenerzy biorą pod uwagę edukację młodych zawodników? Czy postępy w nauce odgrywają rolę przy decyzjach personalnych?

Mamy jasną umowę z rodzicami. Jeśli jest jakiś problem w szkole, czy też problem wychowawczy, od razu przeprowadzamy rozmowę z delikwentem. W takiej sytuacji dajemy mu czas na poprawę i w zależności od sytuacji wyciągamy odpowiednie konsekwencje. Oczywiście, dajemy zawodnikom szansę, jednak podkreślamy, że ich treningi muszą iść w parze z nauką, która w tym wieku jest najważniejsza.

Waszym celem jest wysyłanie zawodników do większych klubów, przede wszystkim krakowskich. Czy można zaobserwować również odwrotny proceder?

Do znakomitego rocznika 2004, który zapoczątkował naszą ideę, chłopcy skreśleni przez Wisłę nie byliby w stanie się złapać. Do rocznika 2010, w którym znakomicie zapowiada się Jan Kamiński, nie dostałby się nikt spoza najlepsze piątki wśród Wiślaków. Z drugiej strony, niedawno, na podstawie niepisanej umowy z jednym z moich kolegów z Wisły, wypożyczyliśmy do siebie trzech zawodników, którzy w barwach “Białej Gwiazdy” nie mieliby szans na grę. U nas ci chłopcy weszli do pierwszego składu i to pokazuje, że występowanie takiego procesu, zależy tylko i wyłącznie od tego, jaki my mamy rocznik.

Pozostając w temacie roczników. Czy w tym trenowanym przez Pana są chłopcy wyróżniający się na tle swoich rówieśników?

Jeśli chodzi o chłopców z rocznika 2008, to mamy kilku wyróżniających się zawodników. Trzech chłopców – Filip Sonntag, Kacper Kapuściański i Maciej Klich – było teraz na konsultacjach kadry Krakowa. Na razie z tego tercetu najlepiej wygląda, będący w kręgu zainteresowań kilku klubów, Filip i można śmiało, gdzieś na boku, odnotować to imię i nazwisko.

Inne, większe zespoły, dysponują dwiema, a niekiedy nawet trzema grupami w jednym roczniku. Jak to wygląda w Bronowiance?

Tak, jak wspominałem już wcześniej odnośnie innych aspektów, bardzo dużo zależy tutaj od rocznika. W niektórych rocznikach powstają dwie grupy treningowe i zawsze ta pierwsza jest grupą wiodącą, natomiast pozostałe uznajemy za grupy rekreacyjne, gdzie chłopcy przychodzą pobawić się piłką. Jeśli taka sytuacja ma miejsce, to bardzo często łączymy dwie grupy rekreacyjne z sąsiadujących roczników w jedną. Jednocześnie staramy się, aby ta selekcja, tak naprawdę minimalna, bo na taką nas stać, żeby ona funkcjonowała. Dlatego w jednej grupie umieszczamy maksymalnie 18 chłopców. Jeśli chodzi o trenerów, to od tego roku, w związku z certyfikacją PZPN, w grupach wiodących mają pracować również asystenci. Dla klubu to ważna wiadomość, bo do tej pory nie było nas stać na zatrudnianie kolejnych trenerów.

Kontrastem dla takiej sytuacji są kluby zachodnie i to nawet nie te z topu, a ze średniej europejskiej półki. Tam w sztabach widuje się sześciu, siedmiu ludzi. Czy uważa Pan, że polską piłkę stać na to, żeby ten poniekąd mityczny zachód dogonić?

Myślę, że najbliżej jest Zagłębiu Lubin. W podobnej formule zapewne pracuje już także Lech Poznań. Moim zdaniem to dobra droga, ale to, od czego wszyscy powinniśmy zacząć, to infrastruktura i selekcja. Te kwestie wydają się dla mnie kluczowe.

Dużą rolą odgrywa tutaj również podejście niektórych prezesów i włodarzy, ich świadomość. Niektórzy chcą zjeść ciastko i mieć ciastko.

To prawda. Widać to nawet na przykładzie Krakowa. Era Cupiała, może tylko, może aż, zostawiła po sobie trofea i poza tym nic więcej. Wystarczyłoby nie sprowadzić dwóch przeciętnych zawodników z zagranicy, a za ich pensje mogło powstać kilka nowych boisk. Na transfery poszedł majątek, a efekt jest taki, że teraz dzieciaki muszą wynosić się do Myślenic na wynajmowane obiekty. Taka filozofia to największy problem Polski, a nie materiał ludzki, czy treningi, bo te znacząco nie różnią się od tych zachodnich. Do tego dochodzi jeszcze niekiedy podejście mentalne i sztab. W Polsce na barki trenera spadają obowiązki, którymi nigdy nie powinien się zajmować.

Dużą rolą odgrywa tutaj również podejście niektórych prezesów i włodarzy, ich świadomość. Niektórzy chcą zjeść ciastko i mieć ciastko.

To prawda. Widać to nawet na przykładzie Krakowa. Era Cupiała, może tylko, może aż, zostawiła po sobie trofea i poza tym nic więcej. Wystarczyłoby nie sprowadzić dwóch przeciętnych zawodników z zagranicy, a za ich pensje mogło powstać kilka nowych boisk. Na transfery poszedł majątek, a efekt jest taki, że teraz dzieciaki muszą wynosić się do Myślenic na wynajmowane obiekty. Taka filozofia to największy problem Polski, a nie materiał ludzki, czy treningi, bo te znacząco nie różnią się od tych zachodnich. Do tego dochodzi jeszcze niekiedy podejście mentalne i sztab. W Polsce na barki trenera spadają obowiązki, którymi nigdy nie powinien się zajmować.

Równie istotne, co tu i teraz, jest to, co czeka Pana i Pański zespół w przyszłości. Czy wiąże Pan swoją przyszłość stricte z Bronowianką, czy jednak chciałby Pan znaleźć się gdzieś wyżej?

W ostatnich latach skupiłem się na Bronowiance, chcąc tym samym udowodnić, że taki klub też ma duży potencjał i można wyrobić mu konkretną markę. Na tym też skupiliśmy się z innymi trenerami Bronowianki. Nie będę ukrywał, że miałem kilka propozycji, jednak na razie nie mam zamiaru z nich skorzystać. Niedawno urodziło mi się dziecko, a praca w Bronowiance nie wymaga ode mnie ciągłego podróżowania. Oczywiście nie jest tajemnicą, że człowiek chce się rozwijać i gdzieś tam w głowie ułożył sobie jakieś plany. Jak to się potoczy, zobaczymy. Staram się robić, to co robię, najlepiej, jak tylko potrafię. Czasami wychodzi to lepiej, czasami gorzej. Mam nadzieję, że kiedyś jakiś chłopak powie, że trener Słota odegrał ważną rolę na jego drodze do profesjonalnej kariery. Satysfakcja z tego zupełnie mi wystarczy. Przyświeca mi taka idea, żeby w takim klubie, jak Bronowianka, zrobić coś, co kiedyś zostanie przez kogoś zauważone.


Z Rafałem Słotą 28 kwietnia w Jarocinie rozmawiali: Michał Grzela i Hubert Koncewicz